MARNOŚĆ JEST DLA WYBRANYCH

DSC_0740 (1400x933)

Ja wiem, że w kraju, w którym co dziesiąty obywatel nie ma pracy, sporym nietaktem jest narzekanie na jej nadmiar. Ale co poradzę na to, że moim jedynym marzeniem jest teraz leżenie z książką na plaży, a jedyne zmartwienie na jakie mam ochotę, to np. takie, że nierówno się opaliłam. 

W swoim życiu zawodowym niejedno robiłam. Panie, kim ja nie byłam! Prasowałam ubrania u bogatych ludzi, promowałam karmę dla psów, byłam specem od telewizji N, hostessą TVP1 na Festiwalu Opolskim – w białym uniformie i z worem pod okiem (sesja i 14-godzinny tryb pracy to nie jest związek na złote gody) wspierałam polską kulturę, odbyłam staż w teatrze (tak naprawdę moim głównym zadaniem było wpuszczanie ludzi na spektakle oraz rozwieszanie plakatów na mieście, ale praktyki w dziale marketingu brzmią w curriculum vitae już przecież całkiem spoko). Statystowałam u boku Dorocińskiego – ja przechodziłam przez ulicę, on tą ulicą jechał. Sprzedawałam w sklepie i byłam postrachem wszystkich dzieci (jak się nie będziesz uczyć, skończysz jak ta pani). Albo pojechałam raz z koleżanką jako kelnerka do ośrodka kolonijnego nad morze. Praca marzenie – trochę porobisz, a w przerwach będziesz mogła siedzieć na plaży, mówili. Jasne. Po dniu spędzonym na robieniu dzieciom prowiantu na wycieczkę (260 bułek, raz!), przyglądaniu się w kuchni zawartości kotletów, obieraniu tony ziemniaków i zmywaniu ręcznym, stanęłyśmy z Anką w naszym pokoju, któremu od pomieszczenia mieszkalnego znacznie bliżej było do kanciapy na sprzęt ogrodowy, popatrzyłyśmy na siebie ze łzami w oczach i chórem zakrzyknęłyśmy: spierdalamy. Wybaczcie mój francuski, aczkolwiek żadna z nas nie użyła wtedy zwrotu wyjedźmy stąd.

Nie żałuję ani jednego dnia, który przepracowałam na początku swojej kariery zawodowej, czy to za pięć złotych za godzinę, czy u boku szefa – pajaca. Z uśmiechem wspominam nawet zlecenie, podczas którego przez kilka godzin pompowałam balony, by wypuszczać je później z pędzącego autobusu. Albo jak byłam opiekunką takiego małego grubasa, co to zostawiał mi zakwasy na ramionach i przeciąg w głowie, to też było fajnie.

Za każdym razem, kiedy przeszła mi przez głowę myśl, że coś tu jest nie tak (np. kiedy na stażu w domu mediowym myślałam, że będę wymyślać reklamy, tymczasem musiałam mocno głowić się, jak zrobić odpowiednią tabelkę w Excelu) – pakowałam swoje manatki i tyle mnie widzieli. W ucieczce z beznadziejnej pracy nigdy nie stanął mi na drodze własny rozum, widmo bezrobocia, ani głód (może po prostu mało jem). I mam to do dziś: nie jestem w stanie pracować z ludźmi, którzy są niekompetentni, zajmować się pracą, która mnie w żaden sposób nie rozwija. Nie potrafię myśleć kategoriami pieniądza: o, wkurza mnie ten klient niemiłosiernie, ale za to zlecenie będę mogła pojechać na wakacje, więc warto zacisnąć zęby. A ja wiem, że nie warto. I robię to wciąż, na okrągło. Uciekam od przeciętności i pozornej stabilizacji. Rzucam wszystko w cholerę i biorę głęboki wdech.

Nawet jeśli wiem, że tym razem jakoś-to-nie będzie.

Ale albo żyjesz albo się boisz.